grafika i/albo usability
Ostatnio coraz głośniej o tym, że użyteczność i wiedza na jej temat to nie tylko wymysły, ale także coś, co przynosi wymierne, czyli finansowe korzyści. Powstają firmy, będące rozszerzeniem kompetencji agencji, rozbudowują się oddziały. Coś, co jeszcze trzy lata temu funkcjonowało jako fanaberia desperatów - zaczyna funkcjonować jako pełnoprawna część rynkowego organizmu. Zaczynamy sprzedawać nie tylko efekt końcowy, ale także wiedzę na temat dochodzenia do efektu. I dobrze.
Na ile jednak ta wiedza jest wiedzą wynikającą z doświadczenia i faktycznego przeanalizowania potrzeb użytkownika, a na ile tylko subiektywną oceną czy opinią osoby rozwiązującej dany problem? Na ile mamy do czynienia z faktyczną analizą danego problemu i przedstawienia rozwiązania adekwatnego do postawionego zadania - a na ile jest to zestymulowane sztucznymi badaniami techniczne rozwiązanie? Zbiór zastosowanych regułek, schematów nie wykraczających poza to, co można przeczytać, rozpisać i zastosować.
Mam ostatnio wrażenie, że to wszystko nie idzie w dobrą stronę. Zapotrzebowanie na “architekturę” (albo zapotrzebowanie na kolejne narzędzie mające zadowolić klienta) powoduje, że coś, co powinno służyć staje się czymś, co dyktuje warunki. Zaciera się rola projektanta… albo inaczej: projektant staje się tylko wykonawcą wcześniej rozrysowanych makiet, schematów, etc. Gdzieś znika w tym wszystkim jeden z najważniejszych aspektów projektowania: odbiór, emocje i zwyczajne podoba się / nie podoba. Całość staje się przewidywalnym ciągiem zasad. Tak jakby w projektowaniu interface’u dla ludzi nie miał znaczenia człowiek, a jedynie mechanizmy śledzące szybkość ruchów, schematy mentalne czy prawidłowość semantyki dokumentu. Użyteczność staje się religią a dostosowanie kodu dla potrzeb niepełnosprawnych - krucjatą na rzecz. Ortodoksja inżynierów.
Patrzę na to z perspektywy osoby, która od zawsze przyznawała, że projektowanie graficzne to nie tylko dobór pisma, siatka, kolory. Projektowanie to gra z informacją, a głównym celem projektowania jest to, aby komunikat dotarł tam, gdzie dotrzeć powinien. Tymczasem ostatnio czytam, rozmawiam i pracuję z osobami, dla których przestaje się liczyć to, jak emocjonalnie odbierze efekt naszej pracy użytkownik. Pełne skupienie na czytnikach ekranu, testowaniu kontrastów i walidacji - zerowe skupienie na EMOCJACH. Po drugiej stronie siedzą androidy, zaprogramowane na logo po lewej stronie, belkę nawigacyjną i czcionki wielkości stacji kosmicznej.
Paranoja.
W historii designu był raz okres, w którym forma współpracowała z funkcją, w którym projektant był nie tylko estetycznym dodatkiem, ale także swego rodzaju analitykiem. To oczywiście modernizm, ten przedwojenny. Forma, która wynikała z funkcji, powiązanie rozwiązań technicznych z estetycznymi, w końcu - próba odpowiedzi na rzeczywiste potrzeby użytkownika. Wszystko to świetnie działało - do czasu. Reakcją na skrajnie formalny modernizm było art-deco, ale to, co najważniejsze z przemyśleń van der Rohe czy Gropiusa pozostało.
Podsumowując:
-
projektowanie to nie użyteczność ALBO grafika. To te dwie rzeczy naraz.
-
jedno jest dopełnieniem drugiego, jedno wspomaga drugie.
-
maszyny i suche testy nie rozwiążą problemu odbioru emocjonalnego
-
usability to nie religia.
Bardzo dobry temat poruszyłeś. Jestem tego samego zdania. Zresztą myślę, że sytuacja normalizuje się. W usability coraz modniejsze jest Emotional design właśnie, a tam bez dobrej kreacji ani rusz :) Architektura informacji wywodzi się po części z administrowania danymi w bibliotekach - jakiś czas to podejście było dość popularne. Zresztą może taka ortodoksja była dobra na początku aby zwrócić uwagę na problem. Dziś od designera oczekuje się efektów a efekty trzeba realizować dobierając różne środki :)
Komentarz autor Tomek Karwatka — grudzień 21, 2007 @ 12:35 am