walka kodera z grafikiem

Nadrabiając braki powstałe w wyniku sprawowania funkcji dyrektora kreatywnego w pewnej agencji, natknąłem się na jeden post, który szybko mi przypomniał odwieczną wojnę postu z karnawałem - czyli koderów i grafików. Tak to jakoś jest, że obie strony stoją po obu stronach barykady, prowadzą pozycyjną wojnę… już chyba tylko na wyniszczenie. Obie strony deklarują niechęć, wypowiadają się o drugiej w zaowalowany sposób… I tak to trwa.

Zastanawiam się z czego to wynika. Rozsądnie rzecz biorąc, ten układ powinna cechować raczej symbioza, współpraca i w końcu, naiwnie rzecz ujmując, wzajemny szacunek i pomoc. Ha. Dlaczego?

Mam wrażenie, że jak zwykle obie strony są niedoinformowane. Czyli grzech komunikacji. Z jednej strony rozbuchane ego projektantów, traktujących siebie jako wyrocznie w kwestiach projektowania (nie ma już grafików, są dizajnerzy, należy to zapamiętać). Uroczysta celebracja każdej kreski i codzienne wiekopomne dokonania. Z drugiej: maszynownia napędzająca całe te prześliczne ustrojstwa. Coś, czego nie widać i tak naprawdę dla końcowego użytkownika nie ma tego spektakularnego WOW. Nie oszukujmy się, w tym kraju każdy jest artystą i poziom naszej kultury projektowej oscyluje wokół słabej trójki.

Moja opinia na temat mojego środowiska jest, delikatnie mówiąc, ambiwalentna. Raczej jestem skłonny twierdzić, że to budyń beztalencia, w którym od czasu do czasu zdarzają się utalentowane rodzynki. I te rodzynki, oprócz niewątpliwego talentu, doskonale zdają sobie sprawę z realiów pracy, miały do czynienia w większym lub mniejszym stopniu z kodem, wiedzą co wolno a czego nie wolno. Reasumując: mają nie tylko oko, ale także mózg. Potrafią myśleć, przewidywać i od początku PLANUJĄ swój projekt. Jest on dla nich, już na etapie “rysowania”, nie tylko obrazkiem, ale mechanizmem, który w przyszłości ożyje - za sprawą tych smutnych panów z back-endu.

Żeby nie było tak pięknie, istnieją oczywiści zupełnie niezależne uwarunkowania, które czasami generują zupełnie irracjonalne rozwiązania. ONI czyli klienci, ONI czyli działy obsługi, ONI czyli marketing. Nie oszukujmy się, mają wpływ i tak samo jak potrafią pomóc, potrafią zepsuć. Utrudnić.

A co do stylowania formularzy czy robienia ich we flashu… No cóż. To jest reklama i rządzi się swoimi prawami. Wizerunkowe rozwiązania, które mają mieć duży WOW factor raczej nie będą szanowały czasu pracy kodera, ponieważ takie realizacje mają zupełnie inne priorytety. Taka rzeczywistość.

Posted on grudzień 17, 2007 by mkd in projektowanie, publicystyka.

Tags:, , .

Dodaj komentarz