Asymetria

Stojąc na peronie metra, stacja Ratusz Arsenał, patrzyłem na ekrany wyświetlające reklamy. Żadnych złych wiadomości.
Rzeczywistość przestała istnieć. Wymazaliśmy ją.

Tak jak w tym żarcie: tatuś bierze prozac, tatuś kocha wszystkich.

Mogę napisać, że produkujemy dużo więcej niż jesteśmy w stanie zjeść, przeczytać, zobaczyć. Ale pisząc te słowa wiem, że dodaję do tego morza absurdu kolejny banał, powiększam iluzję, że to co tutaj jest ważniejsze niż to, co tam. Rzeczywistość składająca się z ilości. Konsumpcja? Nie, jakiś totalny produkcjonizm, wytwarzanie dla wytwarzania, przesyt i wisienka.

Paraliż.

Najpierw okazało się, że sztuka nie ma sensu. Potem, że każdy może być artystą, że każdy może być krytykiem.
Niemożliwe jest niczym.
I jestem kim jestem.

Zgoda na reklamę to wpuszczenie frontalnymi drzwiami rozrastającego się mentalnego budyniu z którym prędzej czy później będzie się trzeba zmierzyć. Niezgoda - to separacja i nieobecność. Chyba pierwszy raz nie ma środka, tylko bieguny. Zajęcie jakiegokolwiek stanowiska to szturm na barykadę - różnica polega na tym, z której strony jesteś. Tkwisz właściwie. Lyotard pisze o małych narracjach. Niebo czy piekło rozdrobnienia? “Dobro nie jest kategorią, która mnie interesuje” mówi Rem Koolhaas. I nie mam powodu, żeby mu nie wierzyć.

Skrajny subiektywizm.

Pilot kontra głos.

Komentarze: (1). on lipiec 15, 2008 by mkd w publicystyka.

Tagi: , , , .

Design to sztuka. Jednak.

Tomek Karwatka na swoim blogu pyta czy design to sztuka.

Roztrząsanie tego typu pytań tak naprawdę niewiele wnosi do codziennego życia designera. Niemniej warto znać te różnice bo pomagają one w dyskusji z klientem. Zdarza się, że jedynym kryterium oceny serwisu staje się unikalność, oryginalność. Warto wtedy zadać pytanie czy tworzymy sztukę czy narzędzie?.

Ależ panie Tomku.

Gdybyśmy tak myśleli, nasze ulice zaklejone byłyby kartkami papieru w kratkę z napisem “Zaraz wracam” a strony pokroju Use it czy offline (sory, Eryk) zdominowałyby rzeczywistość. Ludzie to nie maszyny składające się z kart do sortowania, testów i przebiegów myszy. Ludzie chcą wiosny, kwiatów i piękna! :)

A tak na serio: mam wrażenie, że zarówno Tomek jak i przytaczany przez niego Joshua Porter zapominają o paru rzeczach. Przede wszystkim mamy różne potrzeby. Nie tylko te, które generują oczekiwania, że coś będzie proste czy efektywne w użyciu. Gdzieś z tyłu głowy każdy z nas (no, większość) od zawsze czeka także na jakąś wartość dodaną. Tą wartością w przypadku projektowania jest estetyka. I, żeby uniknąc nieporozumień, to nie jest logiczne albo-albo. Tylko suma użytkowości i estetyki daje wymierny efekt. Jedna rzecz nie wystarczy. Zgadzam się, oczywiście, że dobry projekt to taki, ktory spełnia swoją funkcję i zwyczajnie nie przeszkadza. Nie znaczy to jednak, że dobry projekt jest brzydki. Przeciwnie. Tak jak pisałem wcześniej: dobry znaczy nie-przeszkadzający i … ładny.

Nie oszukujmy się, prędzej czy póżniej, umiejętność badania i modyfikacji założeń projektowych pod kątem spraw związanych z użytkowością stanie się rzeczą normalną. Nie będzie w tym żadnej magicznej wiedzy, źadnej mitologi. Będzie musiało działać - a rzeczy nie działające będą ewenementem. Co wtedy będzie decydowało o unikalności projektu?

Jeżeli spojrzymy na twórczość znanych i dobrych projektantów to okaże się, że praktyczność rozwiązań, które zaproponowali, leży niejako u podstaw tych propozycji. Jest niewidoczna. Jest wpisana w mechanizm. Te rzeczy, strony, plakaty, znaki - po prostu działają. Pozostaje coś nieuchwytnego, co każe nam decydować o tym, że spośród tysięcy realizacji tylko parę pozostaje nam w pamięci. Tylko parę zostaje zapisanych i staje się wzorem na przyszłość. I na pewno nie dzięki temu, że nie są sztuką.

Jeszcze jedna kwestia. Tak, projektowanie ma zawsze kontekst. I tak jak w sztuce - to ten kontekst decyduje, czy coś dociera do ludzi, czy nie. Projektujemy zgodnie z duchem czasu, ulegając w większym lub mniejszym stopniu modom. Niektórzy z nas te mody kształtują. Ale zawsze, powtarzam, zawsze dobry design jest odbiciem tego, co się dzieje ze społeczeństwem, odbiorcą i projektantem. Dobry design to dialog pomiędzy twórcą, tworzywem i użytkownikiem. Na tym polega ta komunikacja: ja mówię do ciebie językiem, który ty zrozumiesz. Można mówić niewyraźnie, archaicznie czy w końcu niezrozumiale. Zawsze jednak podejmuje się próbę przekazania jakiejś treści w języku zrozumiałym dla odbiorcy. A ten - no żyje tam, gdzie żyje. I tak jak w sztuce - to kwestia stylu. Przełożenia własnej wyobraźni na język uwikłanego w czas teraźniejszy odbiorcy. Przekładając, używamy własnych umiejętności, doświadczeń i emocji. A unikalność bierze się z chęci wyróżnienia dzieła - a z drugiej, podkreślenia naszej wyjątkowości.

Reasumując: nie zgadzam się, że design to nie sztuka. Przeciwnie: dobry design będzie zawsze sztuką. Podlega tym samym prawom, jest równie emocjonalny i indywidualny. A to, że na bramce IN projektu są inne wartości początkowe niż na bramce rzeźby, instalacji czy obrazu - to inna sprawa.

Paul Rand: uinnienie zwyczajności

Paul Rand

Paul Rand urodził się w 1914 roku.
Jeden z najważniejszych amerykańskich projektantów, twórca znaków graficznych dla IBM czy UPS (ta starsza wersja, z paczką u góry). Jego twórczość nacechowana jest prostotą, minimalizmem i szczególnym zniekształcaniem rzeczywistości.

“Idea nie musi być ezoteryczna, aby być oryginalna czy ekscytująca.” Rand nie tworzy magii, ale design. Silne formy, jednolite i pozbawione ozdobników, uniwersalne w swoim mówieniu o idei zawartej w pomyśle. Znaki, ekstremalnie uproszczone, tak, aby mogły przeżyć w tłoku innych znaków - bez zniekształceń i interpretacji. Dążenie do perfekcji, na którą nie składa się ilość warstw i moda, ale ponadczasowa siła prostoty. Modernizm.

Problemem projektanta jest defamiliaryzacja, uinnienie zwyczajności.

Ocieranie się o to, co w codzienności ukryte za formami, znaczeniami. Tworzenie z codzienności rzeczy nieznanej, obcej i odkrywanej na nowo.
A czemu o tym piszę?
Ponieważ mam bardzo podobne podejście do projektowania to raz, a dwa: na flickerze znalazłem grupę dotyczącą jego twórczości.

Trzeba być czujnym - subiektywnie o przyszłości.

Z końcem starego i początkiem nowego roku w sieci pojawiło się multum analiz i prognoz co nam przyniesie w branży 2008 rok. Jedna z nich, skłoniła mnie, aby zmiksować podane tam przepowiednie z myśleniem o tym, jak projektant powinien być nastawiony do swojej pracy w tym roku. Jasne, że to lekki bełkot, ale będąc zadeklarowanym zwolennikiem hiperkontekstu,  plenienia się tekstów czy rozpełzania i wieloznaczności znaczeń - pozwolę sobie zreferować moje przemyślenia.

Artykuł co prawda dotyczy przyzwyczajeń i oczekiwań na rynku amerykańskim, ale myślę, że końcówka jest na tyle ogólna, że spokojnie można ją potraktować internacjonalnie.

Jak w takim razie myśleć o 2008? Co będzie miało znaczenie, a co za tym idzie - na co zwrócić uwagę projektując? Podsumujmy:

Użytkownicy.

Obłęd związany z komentowaniem dwa.zerowości powoli się kończy, pozostają wnioski. Jednym z nich jest to, że warto śledzić zachowania użytkowników i podejść do projektowania w sposób elastyczny (nic nowego swoją drogą). Od samego początku należy zakładać, że “serwis” będzie się zmieniał, a przynajmniej zostanie poddany audytowi po jakimś okresie próbnym - i zostanie zmieniony tak, aby lepiej spełniać swoją funkcję. Niby oczywiste, ale znam bardzo mało takich przypadków. Wiąże się to z większymi nakładami, ze zmianą myślenia z “obrazka” na proces. Takie podejście pozwoliłoby adaptować rozwiązania, osiągać wymierne korzyści, a przede wszystkim, lepiej pasowałby do kontekstualności Internetu. Ważne, aby od pierwszego kroku projektować elastycznie. Proces, nie ilustracja.

Dochody i wydatki.

Nie od dziś się mówi, że jednym z małych grzeszków naszego podwórka są za małe wydatki na produkcje online. Proponowałbym przyjęcie dwóch założeń: nie ma zbyt małego budżetu, są za wielkie oczekiwania oraz każdy projekt ma wystarczający budżet. Nie oszukujmy się - to co jest w sieci rządzi się tymi samymi zasadami co inne formy reklamowe. Dlaczego więc coś, co nie przynosi zysku ma być traktowane przez marketerów inaczej? Pytanie brzmi: dlaczego często produkcje internetowe tego zysku nie przynoszą? Odpowiedzi jest wiele: agencje projektują dla siebie, nie śledzimy zachowań, nie dbamy o założone cele. Często realizacje są tylko popisem naszych umiejętności…. a budowanie wizerunku sprowadza się do budowania NASZEGO wizerunku. Przesadzam oczywiście, ale widziałem w swojej praktyce wiele razy podejście bazujące na założeniu: są do wydania pieniądze. Bez określenia co ma wygenerować taki budżet. Tak więc, do czasu aż nie zaczniemy traktować tego co robimy jako środka do celu, a nie celu - nikt nie będzie traktował sieci poważnie.

Margines.

Warto sobie zostawić margines. Na prywatne życie, na eksperyment, na piłkarzyki (pozdrawiam, k2boys :). Starzeje nam się liga, powoli wychodzi to nasze środowisko z okresu zachłyśnięcia się możliwościami, działamy coraz bardziej profesjonalnie. Panie i Panowie szefowie: nie dziwcie się, że wasz Art Director ma dwójkę dzieci i chce wyjść z pracy o 17… że ludzie odchodzą, ponieważ Internet stał się jedną z wielu możliwości. Powiem przekornie: czas skończyć z etosem surferów. To jest praca - a każdy z nas potrzebuje marginesu. Aby się rozwijać, aby nie się nie wypalić.

Ryba mała, ryba duża.

Wydaje mi się, że jesteśmy w momencie kiedy duże agencje nie wyrosły jeszcze z czasów, kiedy były małymi zespołami i rządziły się prawami biznesów rodzinnych - a małe agencje nie dorosły jeszcze w stu procentach do tego, aby pokusić się o wyraźny profil. Efektem tego jest to, że wszyscy zajmują się wszystkim. I giganci, i “butiki” próbują realizować wszystkie potrzeby klienta, nawet za cenę utraty wizerunku, zespołu czy opinii. Tak naprawdę oprócz jakości, nasze agencje da się rozróżnić jedynie po wysokości obrotów czy nazwie. Sytuacja według mnie lekko absurdalna. Mam nadzieję, że w 2008 powoli zacznie się to klarować… a pod koniec roku będzie można powiedzieć nie tylko o realizacjach godnych uwagi - ale także o charakterze poszczególnych firm.

Buzz

No dobra… nikt nie wie jaki buzz wygeneruje 2008 - ale jak zwykle: trzeba być czujnym :)

2007: subiektywne podsumowanie

Czas podsumowań, moi drodzy, więc, zupełnie by the way czysto subiektywne, moje podsumowanie 2007 roku. Z punktu widzenia projektanta. Nie będzie mowy, a w każdym razie mało, o społecznościach, panu Gąbce i wchodzeniu agencji na giełdę. O tym piszą inni.

Zmierzch stylu 2.0, wraca minimalizm.

Być może to raczej pobożne życzenie, ale mam wrażenie, że powoli przejada się wszystkim tłusty i przeskalowany styl, który wiąże się ze zjawiskiem web 2.0. Przyniósł nadużywanie efektów, nadużywanie kolorów i przerost wizualizacji treści nad samą treścią. Operował schematami (dzięki temu mogę o tym pisać), stał się rozpoznawalny, doprowadził do powstania aburdalnych poradników w rodzaju “Jak zaprojektować serwis 2.0″. Głównym jego grzechem nie było to, że tak a nie inaczej wyglądał - ale to, że stał się synonimem dwa zerowości. To co miało być siecią społeczności czy treścią generewaną przez użytkowników schodziło na drugi plan. Na pierwszym zostawały n razy za duże elementy projekty, bevele, gradienty, glossy i inne świństwa. Spalić te kalki i niech wraca jak najszybciej czystość, umiar i pomysł.

Typografia na usługach

Zauważalny wzrost zainteresowania typografią jako elementem służącym nie tylko do prezentacji tekstu, ale także wspomagającym projekt. Typografia nie jest już tylko sposobem na ładne i funkcjonalne wlanie treści, ale także czymś niezależnym - staje się ilustracją, elementem zdobniczym, dominantą, akcentem, czymkolwiek. Pojawia się jako tytuł, nagłówek, dopowiedzenie, link, w końcu - ilustracja, schemat. Staje się wartością samą w sobie, charakterystycznym elementem identyfikującym projekt. Z mojego punktu widzenia istotne jest także to, że rośnie świadomość jak ważne jest umiejętne stosowanie krojów. Widać zdecydowanie większą dbałość o ten aspekt projektowania. Co istotne, w ubiegłym roku trochę się o tym pisało (np. 15 Excellent Examples of Web Typography czy The Showcase Of BIG Typography) i to też świadczy o tym, jak istotna jest ta umiejętność.

Rozsądniejsze schematy kolorystyczne

Tutaj krótko: mam wrażenie, że internet stał się rozsądniej kolorowy. Być może to zasługa takich narzędzi jak Kuler czy colourlovers. Być może mamy bardziej dojrzałych projektantów. Nie zmienia to faktu, że nie tylko w ekstralidze, ale i w klasie okręgowej te kolory są jakieś lepiej podobierane, działające nie tylko na nerwy ale i na czytelność.

Helvetica skończyła 50 lat

W 1957 roku Max Miedinger zaprojektował coś, co początkowo nazywało się Neue Haas Grotesk. A potem stało się Helveticą. Trochę było szumu, powstał film, powstawały plakaty - a wszystko to po to, aby uczcić urodziny jednego z bardziej powszechnych, uniewersalnych, szanowanych i kopiowanych krojów pisma.

Nowe trendy w projektowaniu dużych portali informacyjnych

Coś się ruszyło w projektowaniu dużych portali. Długo nic nowego nie widzieliśmy, właściwie wszyscy stosowali jedno rozwiązanie i rozróżnienie polegało jedynie na odmiennych kolorach. Tymczasem w tym roku parę premier, w tym nowy dziennik i polska times (linki do moich recenzji w wirtualnych mediach i mediarun), brief.pl (Podsumowując: mamy do czynienia z bezpieczną kreacją, która jakościowo nie próbuje być niczym więcej niż jest, czyli on-linową, rozbudowaną reklamą pisma, z pewnością spełniającą swoją funkcję. To, że chciałoby się zobaczyć produkcję na dużo większym poziomie, wnoszącą coś nowego – to zupełnie inna historia. pełny tekst tutaj). Jeśli dodać do tego redesign NY Times, stronę Barbican czy jedną z moich ulubionych - kurier.at widać, że zwycięża różnorodność i indywidualne pomysły odpowiadające zadanym potrzebom. Czego i Państwu życzę.

Pełnokranowe flashe, czyli jesteś wewnątrz.

Zawsze uważałem, że pole wyświetlania w przeglądarce jest po to, aby coś w nim wyświetlać więc strasznie mnie cieszy tendencja projektowania serwisów, które wypełniają cały ten obszar. O ile w przypadku portali “treściowych” prowadzi to często do gargantuicznych nawarstwień i przepełnienia, to w przypadku serwisów produktowych, eventowych czy wizerunkowych to jest jedyna słuszna metoda podejścia do tematu. Ramki, które wycinają z tła obszar prezentacji powinny być zakazane. Wystarczy spojrzeć, jak wygląda taka prezentacja zdjęć, modna nokia czy trends lab. Klimat, zaangażowanie, zupełnie inne wizualne doznania. Emocje. Mamy 2008 rok, dużą przepustowość i rozdzielczości powyżej 1024×768 - czas to wykorzystać.

Kompilacje (N sposobów na coś).

Coś, co zwróciło moją uwagę. Nie było praktycznie dnia, aby gdzieś w cudownym świecie ktoś nie opublikował listy 10 najpopularniejszych czcionek, 20 najlepszych menu czy 180 rozwiązań dla designera. I dobrze - było co czytać, było co oglądać. Trend na dłuższą metę męczący w rss-readerze, ale pożyteczny. Parę propozycji? Proszę bardzo: 10 Steps to Attract New Clients for Your Graphic Design Business, 180+ Best Design Inspiration Sites, 10 Easy Ways to Increase Productivity. Mało? Wystarczy spojrzeć na listę popularnych postów Smashing Magazine. Wytrwałości w czytaniu.

Rozwiązłe hybrydówki, czyli połaczenie wektorów i zdjęć.

Niby nic nowego, tego typu ilustracje czy obrazki już parę lat temu, zwane abstraktami, brylowały na salonach onlinowych galerii. W zeszłym roku jednak zdetronizowane króla ręcznego rysowania, a do akcji wkroczyły hordy super kolorowych, super realistycznych i super atrakcyjnych ilustracji, opartych o zdjęcie (koniecznie absoluta, atrakcyjnej pani lub telefonu, ostatecznie buta), serię rozbłysków i ewentualnie typografię. Styl łatwo przyswajalny, zjadliwy i co więcej, nie wymagający myślenia. Nie jestem wrogiem, sam od czasu do czasu popełniam w ramach rozrywki podobne obrazki na zudlichu, ale nie wieszczę długiego życia. Poza tym - ceną za atrakcyjność jest masa atrap, powieleń, kopii i tanich imitacji. Coż.

Nowi dawcy codziennego szitu.

Bez komentarza, tylko adresy: NTMY, AisleOne, Life Clever, Graphic Exchange, DesignYouTrust, Design Related.

I na koniec

Sieć LEGO.

Czytając tekst Krzysztofa Urbanowicza o prognozach dotyczących web 3.0, natknąłem się na ciekawe sformułowanie: Tak więc internet znajduje się dziś w fazie Lego, z mnóstwem rozrzuconych tu i tam klocków, które mogą łatwo połączyć się z sobą, jeśli znajdą wspólny język [...]. Genialne podsumowanie tego co się dzieje. Mamy do czynienia z rozproszeniem totalnym: po trochu każdy zbiera nasze dane, po trochu każdy śledzi nasze poczynania. Na pewno 2008 nie przyniesie żadnych znaczących zmian, ale w ubiegłym roku było parę sygnałów, które mówią, że ta integracja może nastąpić niedługo: ekspansja Google, zapowiedzi eksplozji moblinych rozwiązań, w końcu milionowe rzesze użytkowników facebooka i tym podobnych. Spekulując - pojawi się w końcu ktoś genialny, kto w garażu sklei to w jakiś banalny sposób do kupy. Tylko czekać.